Gdybym wiedziała…

/

Gdybym wiedziała, że usiądę na tej ławce, byłabym sama ze swoimi myślami.

Słońce grzałoby mój kark, a wiatr delikatnie poruszałby włosy.

Patrzyłabym przed siebie, niby bez celu, ale w środku prowadziłabym najprawdziwszą rozmowę – ze sobą.

Myślałabym o rodzinie…

Zastanawiałabym się, dlaczego relacje są tak trudne, tak pełne niedopowiedzeń i zranień.

Pewnie znów doszłabym do wniosku, że to moja wina – że mogłabym być bardziej uległa, bardziej wyrozumiała, bardziej „łatwa do kochania”.

A może to tylko stary nawyk, ten odruch brania wszystkiego na siebie?

Myślałabym o znajomych – o tych, którzy zagościli w moim życiu choćby na chwilę, a potem zniknęli.

Niektórzy odeszli, bo życie ich porwało, inni – bo przyszła po nich zbyt wcześnie śmierć.

A część zniknęła po cichu, jakby rozpuścili się w codzienności.

Pewnie znów obwiniłabym siebie – że nie potrafiłam zawalczyć, że nie byłam wystarczająco silna, by zatrzymać ludzi przy sobie.

Myślałabym też o bliskości… O czułości, której czasem pragnę, a czasem się jej boję.

Doszłabym do wniosku, że lepiej mi samej – bo nie znoszę, gdy ktoś mnie przytula wtedy, kiedy ja tego nie chcę.

Wtedy się duszę…

Czuję się, jakby ktoś oplótł mnie niewidzialną nicią i zabrał powietrze.

Może po prostu nie umiem być z kimś, może się do tego nie nadaję.

A potem pomyślałabym o tym, jak niedawno zostałam oskarżona o zdradę – tylko dlatego, że ktoś źle zinterpretował jedno zdanie z wiadomości.

„Nie u Ciebie, bo tam jest ta zła energia…, łóżko…” – przeczytane przez kogoś, kto chciał widzieć winę, a nie prawdę.

A prawda była prosta.

Tylko ja i On wiemy, o czym wtedy była mowa.

O moim wyborze.

O moim „nie”.

O granicy, której nie przekroczyłam, bo bliskość dla mnie nie jest chwilą zapomnienia, tylko czymś głębszym – czymś, co wymaga bezpieczeństwa, spokoju, zaufania.

I może właśnie dlatego jest mi trudno. Bo dla mnie „nie” też bywa wyrazem miłości do siebie.

Myślałabym o pracy, która daje mi ogromną satysfakcję.

O ludziach, którym mogę pomóc, o małych krokach, które zmieniają więcej, niż się wydaje.

A potem pewnie pojawiłoby się pytanie: co jeszcze mogę zrobić dla innych?

Bo wciąż mam w sobie to nieustanne poczucie, że mogłabym bardziej, lepiej, więcej…

Myślałabym też o swoich wyborach – czasem głupich, nieracjonalnych, niepopularnych.

Ale moich.

Tylko moich.

I o tych słowach, które usłyszałam ostatnio – że jestem egoistką.

Że biorę, co chcę, a reszta mnie nie interesuje.

Te słowa bolały… Bardzo…

Bo przecież w środku wiem, że zawsze widzę drugiego człowieka.

Czasem nawet bardziej niż siebie.

Może właśnie dlatego wszystko tak boli – bo za bardzo stawiam innych ponad sobą.

Myślałabym też o tym, że może jestem złym człowiekiem.

Bo przez moje decyzje ktoś cierpiał, ktoś się rozczarował, ktoś poczuł się mniej ważny.

Ale wtedy przypomniałabym sobie, że nie mogę się porównywać do morderców czy gwałcicieli – że moja miara dobra i zła jest inna.

Porównuję się tylko do siebie.

Do tego, kim byłam wczoraj i kim chcę być jutro.

A jednak, mimo tych wszystkich wątpliwości, wiem jedno:

Ten świat bywa popieprzony…

Pełen ocen, oczekiwań, schematów…

Ale w tym wszystkim, pośród całego tego chaosu, ja też jestem – prawdziwa, niedoskonała, ale Moja.

I może właśnie o to chodzi – żeby nie uciekać od siebie.

Żeby przestać próbować być „idealną” i po prostu być.

Z całym swoim bólem, wrażliwością, siłą i słabością.

Bo czasem największym aktem odwagi jest pozostać sobą – nawet wtedy, gdy świat oczekuje kogoś zupełnie innego.

A może właśnie wtedy – siedząc na tej ławce, z głową pełną myśli – najbliżej jestem siebie naprawdę.

I siedziałabym tak z samą sobą, aż do zachodu słońca.

5 2 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
...myśl
...myśl
8 miesiące temu

…perspektywa wszystkich opisanych przemyśleń może być zupełnie inna ,wystarczy usiąść na ławce w drugą stronę ,tak by słońce zamiast karku ,ogrzewało twarz z zamkniętymi lub …przymrużonymi oczami.