Dziś pożegnałam się z PCPR. To była jedna z tych decyzji, które dojrzewają w ciszy, głęboko w sercu, aż w końcu przychodzi moment, w którym wiesz, że musisz ją podjąć – bo są rzeczy ważne i rzeczy najważniejsze. A dla mnie najważniejsza jest moja Mama. Ona jest tylko jedna. Była przy mnie zawsze, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. Teraz moja kolej, by odwdzięczyć się troską, czasem i obecnością.
Widziałam dziś różne reakcje – u niektórych pojawiła się ulga, u innych żal, a w oczach i głosie rodzin zastępczych pojawiła się szczerość i smutek. Te Rodziny… one naprawdę są Herosami. Oddają całe swoje serca, by dać Dzieciom, które ktoś kiedyś odrzucił albo które nagle zostały same, namiastkę normalności, ciepła i miłości. To Ludzie, którzy podejmują się najtrudniejszego zadania – wychowania Dzieci poranionych, Dzieci, które niosą na swoich barkach więcej bólu i niesprawiedliwości niż niejeden dorosły.
Często są to rodziny spokrewnione – babcie, dziadkowie, ciocie – które w ciszy, bez rozgłosu, stają na wysokości zadania. Niektórzy wstydzą się mówić o tym głośno, bo boją się oceny, że to „porażka wychowawcza” ich własnych dzieci. A to przecież wcale tak nie jest! Każdy dorosły jest odpowiedzialny za swoje życie. My – jako Rodzice – możemy prowadzić Dziecko, gdy jest małe, możemy uczyć wartości, zasad, dawać przykład. Ale kiedy nasze Dzieci dorastają, podejmują własne decyzje. Mają prawo do swojego ciała, swojej duszy i własnych wyborów – choć nie zawsze są one dobre. Jedno jest pewne: Dzieci nie proszą się o to, by przyjść na świat. I nie wybierają swoich Rodziców.
Wtedy właśnie wkraczają Rodziny-Herosi. To nie tylko rodziny zastępcze spokrewnione czy niezawodowe – ale także rodzinne domy dziecka i rodziny specjalistyczne czy niespokrewnione, które podejmują się jeszcze trudniejszych zadań. To oni tworzą dla tych Dzieci coś, co wydaje się oczywiste, a dla nich bywa czymś nowym i nieznanym – POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA, DOM, WIĘŹ. To Oni budują w Dzieciach poczucie własnej wartości, pokazują, że można kochać i być kochanym, nawet jeśli wcześniejsze doświadczenia mówiły coś zupełnie innego.
Ale prawdą jest też to, że takie Rodziny niosą na swoich barkach ogromny ciężar. To nie są proste historie, ani lekkie decyzje. Czasami przychodzi moment, kiedy Rodzina mówi: „nie dajemy rady”. Czasami muszą się rozstać z dzieckiem, które pokochały jak własne, a niekiedy Rodziny przechodzą rozwód lub inne trudne życiowe rozstania. Wtedy widać w ich oczach żal, smutek i poczucie niespełnienia. To nie dlatego, że zawiedli – ale dlatego, że są tylko Ludźmi, którzy też mają swoje granice, swoje zasoby i swoją siłę, która w pewnym momencie może się wyczerpać. To także wymaga odwagi – przyznać, że coś nas przerasta. I nie zabiera to nic z ich wartości, z ich heroizmu, z tego ogromu serca, które dali.
Każde Dziecko, które trafia pod skrzydła rodziny zastępczej spokrewnionej lub nie, rodzinnego domu dziecka czy rodziny specjalistycznej, niesie ze sobą swoją historię – często zbyt ciężką jak na małe ramiona. Historię pełną łez, braku sprawiedliwości i poczucia krzywdy. A jednak te Rodziny podejmują się misji, by choć odrobinę ukoić ten ból. I wiem, że im się to udaje, choćby nie zawsze zdawali sobie z tego sprawę.
Przez dwa miesiące próbowałam wspierać te rodziny najlepiej, jak potrafiłam. Byłam blisko, słuchałam, starałam się być tym małym światełkiem, które dodaje sił. Ale w sercu zawsze miałam poczucie, że mogę więcej, że mogłabym dawać im jeszcze więcej… A jednocześnie wiedziałam, że z całym systemem nie wygram. Bo choć jestem człowiekiem, który potrafi włożyć „cudze buty” i przejść w nich choćby kawałek drogi, to system czasem sprawia, że czujesz się bezradny, jakbyś uderzał w mur.
Brakowało mi też w tej pracy tego, co dla mnie najcenniejsze – bezpośredniego kontaktu z Dzieckiem i Rodziną. Tego, by być tu i teraz z człowiekiem, który potrzebuje obecności, wsparcia i zrozumienia. Brakowało mi tego, by widzieć uśmiech, iskry w oczach, by śmiać się razem, pracować razem, rzeźbić to małe życie kawałek po kawałku. Bo to właśnie dzieci uczą mnie najwięcej. To one – bezwiednie – stają się moimi nauczycielami. Każdy ich gest, słowo, reakcja pokazują mi coś nowego.
Na pożegnanie od jednej z rodzin dostałam kwiaty. Piękne, symboliczne, ale to nie o kwiaty chodziło… Najcenniejsze były słowa. Słowa, które padły od każdej z Rodzin. Każde z nich było dla mnie niczym złoto, a nawet więcej – jak najcenniejszy diament. Bo to dzięki nim poczułam, że mój maleńki wkład, moja obecność i praca naprawdę miały znaczenie. Że ktoś to zauważył i docenił. I właśnie te słowa zabieram ze sobą – jak największy skarb.
Kiedyś usłyszałam a w zasadzie przeczytałam od Koleżanki zdanie, które zostanie ze mną na zawsze:
„Nie zbawisz całego świata, ale jedno dziecko, dla którego coś zrobisz, to jego cały świat…”
I chyba właśnie w tym zdaniu zawiera się sens mojej drogi – nie chodzi o to, by zmieniać wszystko i wszystkich, ale by być dla kogoś konkretnie. By jedno serce mogło bić spokojniej, jedno Dziecko poczuło się ważne, a jedna Rodzina – zaopiekowana.
I choć żegnam się z jedną rolą, to nie żegnam się z misją. Bo wiem, że moje miejsce jest tam, gdzie mogę być naprawdę blisko człowieka. Tam, gdzie moje serce bije mocniej. I tam właśnie teraz idę – z ogromną wdzięcznością za wszystko, czego się nauczyłam i kogo spotkałam na tej drodze.
IS

Pięknie napisane pożegnanie z pewną droga która się skończyła, z pewnymi przeszkodami z radością i zasianym ziarnkiem nadziej w tych którzy tego potrzebowali. Za pewnie przyjdzie taki czas by zebrać owoc lecz nie koniecznie tam ale i gdzie indziej.
Dziękuję pięknie – Wam też życzę aby fasolka (obojętnie czy duża czy malutka) zamieszkała w Waszym domu 😗