Na początku nie podobało mi się to całe przeżucanie papierków.
To tkwienie w systemie, który bardziej liczy godziny, tabelki i podpisy niż realną pracę z człowiekiem.
Siedzenie przed komputerem – niby rutynowe, a jednak wykańczające – w ogóle mnie nie przekonywało.
Nie ogarniam tej dokumentacji nawet po miesiącu siedzenia na tyłku.
I przychodzi taki moment… jakby ktoś pstryknął palcami.
Nagle w głowie zaczyna się wyścig:
„Co jeszcze muszę zrobić…?”
„O czym zapomniałam…?”
„Czy ktoś w ogóle będzie zadowolony z mojej pracy…?”
I wtedy – klasyk.
Wchodzi to znajome uczucie rozczarowania.
Bo jak co chwilę… – znowu coś poszło nie tak.
Znowu babole, znowu niedociągnięcia.
Znowu to uczucie, że chciałam dobrze, a wyszło… jak zwykle.
I wtedy siedzę z tym ciężarem.
Z tym głupim wrażeniem, że daję z siebie 100% w miejscach, które dla dzieciaków mają zerowe znaczenie.
A za mało mnie tam, gdzie jestem najbardziej potrzebna – w relacji. W obecności. W tu i teraz.
Bo przecież to nie tabelki pomagają komuś przetrwać trudny dzień.
Nie „data” i „parafka” dają poczucie bezpieczeństwa.
A mimo to właśnie one decydują, czy „moja praca jest dobrze wykonana”.
I to… cholernie boli.
Aż w końcu…
Wczoraj byłam u rodzin…
Patrze na te dzieciaki – zdolne, radosne, przyklejone do mnie wzrokiem – i serce mi pęka.
Bo wiesz…
Wiesz, ile przeszły…
Wiesz, ile strat, ile zranień, ile niepewności w tak krótkim czasie…
I nagle wszystkie moje problemy stają się… małe. Zwyczajne. Małostkowe.
Bo jak można narzekać, że jestem zmęczona, kiedy widze dziecko, które boi się zasnąć przy zgaszonym świetle, bo noc kiedyś znaczyła coś zupełnie innego?
Jak mogę mieć pretensje do świata, kiedy maluch, który ledwo mówi, przynosi mi rysunek i mówi: „To my. Ja i ty. Jesteś dobra”?
Na pierwszy rzut oka są „normalne”.
Zdolne. Szczęśliwe. Spokojne.
Ale to nie jest okładka poradnika parentingowego.
To jest historia dzieci, które się nie poddały.
Bo wbrew wszystkiemu – potrafią nadal się śmiać.
Uczyć…
Przytulać…
Marzyć…
I to jest doświadczenie, którego nie da się opisać chłodnym słowem.
To jest ta chwila, kiedy stoisz w progu i nie wiesz, czy się rozpłakać, czy śmiać.
Bo widzisz siłę. I kruchość. Jednocześnie.
Dzieci uczą mnie więcej niż jakikolwiek system.
One pokazują, co jest naprawdę ważne.
Nie to, co się wpisuje w rubrykę.
Tylko to, co się czuje, kiedy jesteś obok drugiego człowieka, który ufa Ci bezwarunkowo.
Bo świat jeszcze ma sens.
Dopóki są tacy, którzy – mimo wszystkiego – nadal chcą się w nim uśmiechać.
I może właśnie po to wciąż tu jestem.
Nie dla podpisu…
Nie dla tabelki…
Tylko dla nich…
Dla tych krótkich chwil, które znaczą wszystko.
✴
Iza – z serca. Dla tych, którzy wiedzą, że obecność nie ma rubryki.
Pracownia Terapeutyczna „Wyjątkowi”

Mocne i prawdziwe. To co robisz nadaje sens tym, których spotykasz na swojej drodze.
Dziękuję pięknie – staram się aby wszystko miało sens…
Za każdym razem, gdy czytam Twoje teksty – wyję jak bóbr.
Prawdziwe, poruszające do szpiku kości.
Dziękuję, że ubierasz w słowa to, co tak wielu z nas czuje, ale nie potrafi powiedzieć. 🫶
Dziękuję Ci…
Słowa mają moc i to nie tylko krzywdzącą – pamiętaj o tym 🩷
…każdy kto pomaga w jakikolwiek sposób komukolwiek drugiemu ,jest pięknym człowiekiem
…jakie piękne słowa…
Dziękuję