Zapiski z codzienności mamy dziecka z „kolejnym DYS” – z humorem, wzruszeniem i prawdą…
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Siedzimy razem przy stole, słońce leniwie zagląda przez okno, a ja – pełna nadziei – pytam:
– Synu, jak się pisze „wiewiórka”?
– Na pewno przez „ó”! – odpowiada z dumą, aż mu oczy błyszczą.
Serce mi rośnie! Myślę sobie: mój dziesięciolatek w końcu załapał, zaczyna trąbić na temat ortografii!
Zachęcona, proszę:
– To teraz napisz to słowo, skarbie.
Z werwą sięga po długopis i kartkę. Pisze. I zadowolony podaje mi triumfalnie dzieło swojego językowego wysiłku. Patrzę – a tam jak byk: wiewiurka.
Zamarłam. Uśmiech na twarzy zastygł mi w połowie. To nie możliwe! Przecież powiedział dobrze! A jednak… coś nie zagrało.
Spróbowałam jeszcze raz. Inne słowa – ortograficzne klasyki. I znowu to samo. W ustach mojego syna poprawna forma, a na papierze – plątanina byków, jakby alfabet zrobił sobie karnawał.
Słowo „burza” – w jego wersji pojawia się jako „bóża”.
A czasem, jakby nie mogąc się zdecydować, czy tam ma być „rz” czy „ż” – wybierał kompromis. I pisał… „rż”. Żeby nikt nie poczuł się pominięty.
No przecież nie da się bardziej po polsku!
Wtedy to do mnie dotarło. Kolejne „DYS” w naszej rodzinnej kolekcji. Tym razem – dysortografia.
I wiecie co? To nie było zaskoczenie. To było… potwierdzenie. Tego, co czułam już od jakiegoś czasu. A jednak – serce zakuło. Bo każdy rodzic – nawet ten najbardziej świadomy, nawet ten wykształcony i wspierający – ma w sobie gdzieś cichą nadzieję, że może tym razem się uda. Że to tylko chwilowe. Że może… wystarczy więcej ćwiczyć. Albo zmienić zeszyt.
A potem ta nadzieja spada z pluskiem na dno jak kamień wrzucony do rzeki.
Mieliśmy jednak szczęście. Niezwykła pani nauczycielka – czuła, uważna, mądra – od razu pomogła nam wypełnić dokumenty do poradni. Bez przepychanek. Bez „przecież to tylko błędy”. Bez „on się nie przykłada”. Dzięki niej mój syn – zamiast w czwartej czy piątej klasie, jak to bywa najczęściej – wszedł w świat opinii i wsparcia wcześniej. I to naprawdę robi różnicę.
Bo dziś wiem, że błędy ortograficzne nie są brakiem wiedzy. Nie świadczą o lenistwie. Nie są „niechlujstwem językowym”.
Dysortografia to konkretna trudność. To wyzwanie, które wymaga konkretnych narzędzi. I dużej dozy zrozumienia, cierpliwości… oraz humoru.
Bo choć do dziś śmiejemy się razem z naszych domowych „bóż”, „wiewiurek” i „rżeczników”, to wiemy jedno: za każdą z tych liter stoi walka.
I ogromny wysiłek.
Moje dziecko każdego dnia próbuje ogarnąć świat, który nie zawsze jest stworzony z myślą o nim. I mimo że czasem musi pisać „rż” dla równowagi – to właśnie ono codziennie pokazuje mi, czym jest prawdziwe bohaterstwo.
Mamcia
